Boisko do gry w piłkę na 23 urodziny – wywiad z dr Justyną Olko

0

Łukasz Sobierajski: Skończyła Pani Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne, co poza archeologią Pani studiowała?

Justyna Olko: Archeologia była dla mnie przede wszystkim środkiem do zajmowania się kulturami prekolumbijskimi. Profil moich studiów był tak pomyślany, żeby w jak największym stopniu pogłębić specjalizację w zakresie kultur przedhiszpańskiej Mezoameryki. Jako że większość zajęć związanych z tym tematem odbywała się w Instytucie Archeologii i tam znajdowali się specjaliści, był to trzon mojego programu studiów. Oprócz tego uczęszczałam na zajęcia z historii sztuki, gdyż ta dyscyplina mnie to już znacznie wcześniej pasjonowała. Do chwili obecnej zajmuję się ikonografią, indiańską sztuką prekolumbijską i nowohiszpańską. Realizowałam też zajęcia na filologii hiszpańskiej, ponieważ i tam znajdowali się specjaliści zajmujący się Meksykiem. Tak więc to były trzy główne kierunki: archeologia, historia sztuki i iberystyka. Miałam także szansę pogłębić specjalizację na Uniwersytecie w Bonn w ramach programu Erasmus.

ŁS: Czyli rozumiem, że kultura Mezoameryki fascynowała Panią jeszcze przed studiami?

JO: Kultura Mezoameryki, a właściwie szerzej Ameryka prekolumbijska zaczęła mnie fascynować w wieku około 12 – 13 lat.

Bernard Borowy: A skąd to zainteresowanie?

JO: Bodźcem były lektury różnych książek, trochę w duchu romantycznym, jak „Bogowie, groby, uczeni” Cerama. Ważnym impulsem była też wizyta w muzeum w Berlinie, gdzie znajduje się kolekcja sztuki przedhiszpańskiej, w tym azteckiej. Miałam okazję zwiedzić je właśnie w tym okresie, będąc jeszcze w połowie szkoły podstawowej. Ta wizyta wywarła na mnie bardzo silne wrażenie, a dzięki wcześniejszym lekturom byłam w stanie rozpoznać artefakty pozostawione przez kultury, o których wcześniej tylko czytałam. W efekcie umocniła ona moje postanowienie zajęcia się kulturami prekolumbijskimi w przyszłości. Na początku nikt tego nie traktował poważnie, ale z czasem to się zmieniło. Zwłaszcza moi Rodzice zawsze mnie wspierali w mojej pasji, co nie zmieniło się do dnia dzisiejszego.

ŁS: Podczas studiów sama zorganizowała Pani wyjazd na wykopaliska do Gwatemali?

JO: Tak, to było moje wieloletnie marzenie. Wspólnie z Jarkiem Źrałką z UJ zorganizowaliśmy taki pierwszy wyjazd do Gwatemali, na tereny kultury Majów. Zresztą nie byłoby to możliwe bez wsparcia rozmaitych osób. Ciężko było w owym czasie nawiązać kontakty i zostać przyjętym na badania wykopaliskowe w Meksyku czy Gwatemali, chociażby w charakterze wolontariusza. To było znacznie trudniejsze niż dziś, a polskie ścieżki były w tym zakresie słabo przetarte. Powiodło nam się, gdyż okazało się, że w Gwatemali było nieco łatwiej uzyskać taką możliwość i niewątpliwie pomogło nam wsparcie ówczesnego attaché kulturowego Gwatemali w Warszawie (zanim została zlikwidowana w Polsce ta placówka dyplomatyczna). W tej pierwszej wyprawie wspierał nas także profesor Mariusz Ziółkowski, na miejscu zaś nawiązaliśmy współpracę z fantastycznymi specjalistami. To był rok 1999 i nasza pierwsza praca na terenie miasta Majów.

BB: I to były Państwa własne badania? Czy była to jakaś pomoc/wolontariat?

JO: Byliśmy jeszcze studentami i oficjalnie mieliśmy status wolontariuszy pracujących dla rządu Gwatemali. Zresztą mnóstwo śmiesznych epizodów było z tym związanych. Na przykład pytanie na wstępie, czy potrafimy obsługiwać kompas. Albo wizyta prezydenta Gwatemali w ruinach miasta Yaxhá, gdzie na początku pracowaliśmy. Zostaliśmy pokazani jako pełna egzotyka, namacalny dowód, że nawet z Polski ludzie przyjeżdżają pracować przy ratowaniu spuścizny narodowej Gwatemali. Zostaliśmy dopuszczeni przed oblicze prezydenta i przedstawieni mu, a on podziękował nam za prace na rzecz Gwatemali. Nigdy nie zapomnę, że mój kolega odpowiedział wówczas: no hay de que („nie ma za co”) (śmiech).

BB: Jak długo trwał ten wyjazd?

 Cacaxtla, Tlaxcala© Justyna Olko

Cacaxtla, Tlaxcala© Justyna Olko

JO: Ten pierwszy wyjazd? Nieco ponad dwa miesiące. Dwa pełne cykle pracy w dżungli rozdzielone okresem krótkiego odpoczynku. Pracowaliśmy najpierw w Yaxhá, a potem poznaliśmy dyrektora badań w Nakum, Bernarda Hermesa. W tym miejscu do dzisiaj trwa polski projekt prowadzony przez dr Jarka Źrałkę. I tam otrzymaliśmy z czasem znaczną swobodę działania. Zostały docenione nasze umiejętności, które nabyliśmy na wykopaliskach w Polsce. Ja wcześniej pracowałam też w Peru z prof. Ziółkowskim. Droga do dalszych prac w Nakum, właśnie z Bernardem, jednym z najlepszych gwatemalskich archeologów, została otwarta. Kolejnym etapem było uzyskanie przeze mnie grantu Ministerstwa Nauki na realizację niewielkiego projektu poświęconego rekonstrukcji struktury osadniczej na peryferii Nakum. Było to przedsięwzięciem trudnym ze względu na to, że najbliższe okolice tego ośrodka porasta gęsta dżungla, często z widocznością nie przekraczającą kilku metrów. Te bardzo trudne badania, rzeczywiście wymagające wielkiego wysiłku, udało nam się zrealizować. Mieliśmy zresztą świetnych pracowników majańskich, którzy pomagali nam odnajdywać się w terenie i nanosić odkryte struktury na mapę. Projekt ten zrealizowaliśmy w 2001 roku.

Jeszcze w 1999 roku, jednym z moich najciekawszych przeżyć była eksploracja boiska do rytualnej gry w piłkę. Mianowicie, na moje 23 urodziny, jako prezent dostałam od Bernarda niebadane wcześniej boisko razem z ekipą, której prace mogłam dowolnie zaprojektować. Jako że pisałam wówczas pracę magisterską o rytualnej grze w piłkę i analizowałam dane archeologiczne z nią związane, była to dla mnie ekscytująca przygoda. Możliwość eksploracji zupełnie niebadanego obiektu, rozpoznanie jego struktury, identyfikacja i wydatowanie faz konstrukcyjnych. Podczas eksploracji natrafiliśmy również na depozyty ofiarne, często odkrywane w tego rodzaju strukturach, gdyż w przedhiszpańskiej Mezoameryce boiska były nie tylko miejscem związanym z uprawianiem sportu, ale również przestrzenią sakralną, o ezoterycznej symbolice związanej m.in. z nawiązywaniem kontaktu ze światem podziemnym.

BB: I czy to wtedy zdecydowała się Pani pisać prace magisterską na temat boisk?

JO: Nie, już wcześniej ją rozpoczęłam. W czasie pierwszych prac w Nakum ta praca była już mocno zaawansowana. Wiedząc o tym, Bernard spełnił moje marzenie pozwalając mi zająć się boiskiem. Samą pracę obroniłam w czerwcu 2000 roku. Już wcześniej jednak, od początku studiów, pochłaniały mnie źródła pisane związane z Mezoameryką, co sprawiło, że badania archeologiczne całkowicie porzuciłam. Moją największą pasją jest język nahuatl (aztecki) i to zainteresowanie wyznaczyło bieg mojej dalszej pracy naukowej. To warsztat historyka, a nie archeologa, pozwolił mi na stawianie pytań i wybór tematów badawczych, z którymi nie sposób się zmierzyć opierając się wyłącznie na materiale archeologicznym. Jednak moje studia i zrealizowane projekty pozwoliły mi na wypracowanie i wykorzystywanie interdyscyplinarnego warsztatu w badaniach kultur przedhiszpańskiej i wczesnokolonialnej Mezoameryki.

ŁS: Napisała Pani pracę magisterską dotyczącą gry w piłkę, czy mogłaby Pani pokrótce opowiedzieć, co wiadomo na temat zasad gry w pelotę?

JO: Nie było jednej wersji gry. Tak jak obecnie, gdyż ta prastara gra przetrwała do dziś w rozmaitych rejonach Meksyku w kilku wariantach. Najbardziej bliska tradycji XVI-wiecznej jest ulama, w której odbija się piłkę biodrami i pośladkami. Zachował się też wariant wykorzystujący duże rękawice i małe piłeczki, pelota mixteca. Jest też ulama de brazo, w której piłkę odbija się przedramieniem.

Jadeitowa figurka © Justyna Olko

Jadeitowa figurka © Justyna Olko

Również w czasach azteckich i wcześniejszych, na przykład w czasach dominacji kultury Teotihuacan i na ziemiach Majów w okresie klasycznym (między ok. 200 a 900 rokiem n.e.), istniało kilka wariantów rytualnej gry w piłkę. W Teotihuacan na przykład odbijano niewielkich rozmiarów piłki za pomocą kijów przypominających te używane w hokeju, a do naliczania punktów służyły specjalne stojące markery wykonane z kamienia. Na ziemiach Majów z kolei używano wielkiej kauczukowej piłki, prawdopodobnie o wadze kilku kilogramów. Ze względu na swój ciężar mogła ranić lub nawet zabić zawodnika, którego chronił specjalny strój. Niewiele wiemy o sposobie zdobywania punktów i regułach gry w piłkę na ziemiach Majów doby klasycznej. Strzępy tej wiedzy są rekonstruowane za pomocą analizy zapisów hieroglificznych, które się do tej gry odnoszą, jednak pełna rekonstrukcja jest niezwykle trudna.

Jeśli chodzi o grę uprawianą przez Azteków, możemy powiedzieć cokolwiek więcej, gdyż dysponujemy źródłami pisanymi powstałymi w XVI wieku oraz analogiami etnograficznymi. Mecze rozgrywano na boiskach w kształcie podwójnej litery T – była to podłużna aleja wyznaczona przez dwie równoległe struktury i zakończona dwoma strefami końcowymi. Były one zamknięte murem, tak aby piłka nie wypadła poza strefę boiska. Używano piłki nieco mniejszej niż w wypadku Majów okresu klasycznego. Należało ją przerzucić przez jeden z kamiennych pierścieni znajdujących się na bocznych ścianach boiska. Było to bardzo trudne przedsięwzięcie, tym bardziej, że nie można było tej piłki ani kopać, ani odbijać rękami. Z zachowanych przedstawień i opisów wiemy, że przede wszystkim posługiwano się biodrami i pośladkami. Można domniemywać, że piłkę przez pierścienie udawało się przerzucić rzadko, więc była to wyjątkowa sytuacja i istniały inne sposoby naliczania punktów. Jeśli jednak gracz zdołał przerzucić piłkę przez pierścień, wyczyn ten natychmiast rozstrzygał grę, a taki szczęśliwiec, który tego dokonał, uchodził za wybrańca losu i bogów, osobę napełnioną szczególnie niebezpieczną energią. Obawiano się nawet, że dzięki tym właściwościom będzie zabierał żony innym mężczyznom.

Inne sposoby zdobywania punktów wiązały się prawdopodobnie z właściwym odebraniem piłki i wybiciem jej na część boiska należącą do przeciwnika. Wiemy też, że mecze były podzielone na swego rodzaju sety. Jeśli wygrało się trzy, gra była rozstrzygnięta. Gra miała swój wymiar rytualny, jednak czasem stawała się hazardem, a zakłady o jej wynik były wysokie. Mamy informacje o graczach, którzy byli tak pochłonięci grą hazardową, że tracili cały majątek, a nawet sprzedawali się w niewolę.

BB: Czy wiadomo, jak często były rozgrywane mecze?

JO: Nic na ten temat nie wiadomo. Starcia rytualne były na pewno rzadsze, towarzyszyły one zwykle ceremoniom kończącym wyprawy wojenne, w trakcie których brano w niewolę prestiżowych jeńców. Triumfator musiał potwierdzić swoje zwycięstwo na arenie do gry w piłkę. Było oczywiście wiadomo, który z zawodników powinien wygrać, a który przegrać. Gra stawała się zatem sposobem na ujawnienie woli bogów, zrytualizowanym starciem z predeterminowanym wynikiem. Jeniec umierał następnie na kamieniu ofiarnym, przy czym naturalnym rodzajem ofiary była w tym wypadku dekapitacja. Przypuszcza się, że Majowie okresu klasycznego toczyli przegranego przeciwnika niczym piłkę po schodach stromych piramid, aż ten wyzionął ducha. Sugerują to rozmaite przedstawienia.

BB: Ile mogło być boisk w jednym ośrodku?

JO: To wszystko zależało od tradycji, od kultury, od regionu. Rekordowa liczba boisk to 22 w jednym tylko ośrodku – w Cantonie. W okolicach El Tajín w Veracruz jest 16 boisk, w Chichen Itza na Jukatanie podobnie było kilkanaście, a są też ważne i duże ośrodki, gdzie jest tylko jedno. Czasem liczba boisk może świadczyć o tym, że istniały rywalizujące ze sobą grupy elit zamieszujące w odrębnych sektorach miasta i posiadające własne boiska, jak na wyżynach Gwatemali. Uważa się, że liczba i sposób rozmieszczenia boisk może świadczyć o decentralizacji politycznej danego ośrodka. Pewnie nie zawsze tak było, ale jest to pewien wskaźnik.

BB: Czy mogły być rozgrywane mecze na kilku boiskach naraz?

JO: Nic na ten temat nie wiadomo. Choć przekazy są skąpe, czasem ujawniają ciekawe informacje. Jedno ze źródeł relacjonuje na przykład grę między władcą azteckiego Tenochtitlanu, Axayacatlem, i jego wasalem o imieniu Xihuitlemoc, władcą miasta Xochimilco, który był podejrzany o nielojalność. Axayacatl postanowił ukarać swego sojusznika właśnie na boisku, po tym jak nie zjawił się on na czas z pomocą wojskową. Wasal ten jednak okazał się znakomitym graczem w piłkę i pokonał władcę Tenochtitlanu, co było tak naprawdę odwróceniem relacji, które gra miała przecież potwierdzić. Axayacatl jako silniejszy powinien był wygrać i pokazać swoją supremację. Tak się jednak nie stało: nie tylko okrył się wstydem, ale i musiał oddał swoje roczne dochody zwycięzcy. Jednak później wysłał skrytobójczych morderców do Xochimilco, którzy pozbawili życia jego przeciwnika. Wynik gry na tyle naruszał panujący porządek, że reakcja hegemona była nieunikniona.

Nie wiemy, co działo się, jeśli jeńcom wziętym do niewoli przez władców Majów udało się jednak wygrać na boisku. Cenzura istniała i źródła milczą o takich zdarzeniach. Ten przypadek, który się zachował w przekazach azteckich, dowodzi, że mimo wszystko wynik gry był nieprzewidywalny.

Czasami grano również, aby rozstrzygnąć przepowiednię. Istnieje taka wzmianka o jednym z ostatnich władców Tenochtitlanu – Motecuhzomie Xocoyotzinie, który grał z przywódcą zaprzyjaźnionego Tetzcoco – Nezahualpilli. Ten ostatni groził Motecuhzomie katastrofą, gra zaś miała potwierdzić prawomocność jego słów. Wygrał Nezahualpilli, co było później interpretowane jako zapowiedź przybycia Hiszpanów. Widać zatem wyraźnie, że gra pełniła różne funkcje i funkcjonowała w różnych kontekstach, mniej lub bardziej zrytualizowanych.

BB: A czy można stwierdzić, że na którymś z takich poziomów, funkcjonowała, analogicznie do obecnych czasów, rozgrywka pomiędzy ośrodkami? Czyli coś na wzór „mistrzostw”?

JO: Logiczne byłoby, że drużyny różnych ośrodków się ze sobą scierały, ale nie ma niestety takich danych. Poza meczami, w których przegrani jeńcy musieli ponownie stanąc do walki ze swym przeciwnikiem, trudno to jednak nazwać rozgrywką towarzyską czy sportem w naszym rozumieniu.

BB: Wspomniała Pani o nahuatl. Jest Pani chyba jedyną osobą w kraju…

JO: Absolutnie nie (śmiech)!

BB: Nie mówię o jedynej osobie posługującej się, ale wykładającej nahuatl.

JO: Jedynie w tym sensie, że regularnie od dziesięciu lat języka nahuatl nauczam prawie bez przerwy. Odbywają się jednak jeszcze zajęcia z tego języka prowadzone w Instytucie Badań Iberyjskich i Iberoamerykańskich UW przez dr Katarzynę Mikulską-Dąbrowską.

Mixco Viejo, Gwatemala © Justyna Olko

Mixco Viejo, Gwatemala © Justyna Olko

W moim wypadku są to zajęcia w zupełności otwarte dla studentów z różnych kierunków. Uczę oczywiście po polsku i muszę powiedzieć, że zainteresowanie jest ogromne. Nigdy nie miałam chyba tak licznych grup zajęciowych, jak obecnie: 28 zapisanych uczestników. Bez analogii na innych uczelniach europejskich, a i w Stanach Zjednoczonych ponoć trudno zebrać tak liczną grupę w miejscach, gdzie takie zajęcia się odbywają. Pozostaje sprawdzić liczebność w Meksyku…Bardzo bym chciała, żeby po obecnym roku nauki zostało przynajmniej dziesięć osób, które chciałyby kontynuować naukę języka na poziomie zaawansowanym. To wtedy dopiero zaczyna się prawdziwe translatorium, zabawa z tekstami. Warto podkreślić, że nahuatl jest do dziś jednym z najważniejszych języków tubylczych obu Ameryk i pełnił ważną rolę polityczną i kulturową także przez przybyciem Europejczyków, nie tylko jako język imperium azteckiego, ale i prawdopodobnie dominujący język w potężnym Teotihuacan. W dodatku korpus tekstów spisanych we wczesnym okresie kolonialnym w tym języku nie ma analogii w wypadku innych kultur tubylczych Ameryki.

BB: A u kogo Pani uczyła się nahuatl?

JO: Mój pierwszy kontakt z nahuatl to były zajęcia z dr Stanisławem Iwaniszewskim. Byłam wówczas na pierwszym roku studiów. Dr Iwaniszewski przyjechał z Meksyku i wykładał raz w tygodniu przez kilka godzin. Pamiętam, że było to w pracowni antropologicznej na strychu, na Krakowskim Przedmieściu 3. Sala wypełniona ludźmi po brzegi. Zajęcia odbywały się przez jeden semestr.

Później kontynuowałam samodzielnie, częściowo ucząc się również w Niemczech. Tam, na Uniwersytecie w Bonn, istniała długa tradycja w zakresie filologii indiańskich. Właściwie tylko specjalnie po to nauczyłam się podstaw niemieckiego, żeby tam pojechać i uczyć się nahuatl po niemiecku. Udało mi się to zrealizować, gdy byłam już na piątym roku studiów.

Od tamtej pory cały czas doskonalę moją znajomość klasycznej wersji języka nahuatl. Bardzo pomógł mi mój mentor, profesor James Lockhart, który jest pionierem w zakresie badań wczesnokolonialnej kultury Indian Nahua i założycielem szkoły Nowej Filologii, zajmującej badaniem tekstów nahuatlańskich z gatunków „codziennych”, wcześniej zapomnianych i ignorowanych. To profesor Lockhart zapoczątkował badania nad szerokim korpusem tekstów z okresu między XVI a XVIII wiekiem, będących prawdziwym oknem do świata potomków Azteków. Wiele z tych tekstów nadal czeka na odnalezienie, wydobycie z archiwów i opracowanie. Są one kluczem do poznania złożonej kultury Indian Nahua i ich odpowiedzi na kulturę europejską. Pozwalają poznać tubylczą perspektywę związaną z trwającymi całe stulecia oddziaływaniami ze światem hiszpańskim, a zarazem rekonstruować kluczowe pojęcia i zjawiska sprzed konkwisty. W tych tekstach koncepcje, wyobrażenia, sposoby myślenia, reakcje na kulturową nowość i obcość mają swoje znakomite odzwierciedlenie.

Nahuatl jest takim językiem, że jeśli ktoś mówi, że się go w pełni nauczył, to znaczy, że nie można traktować takiej osoby poważmnie. Mam na myśli wersję klasyczną, XVI-wieczną, a nie dialekty współczesne, których można się uczyć i używać bez większych ograniczeń. Język klasyczny jest ciągłym wyzwaniem, także ze względu na ograniczone materiały – słowniki i gramatyki z tej epoki, które nie zawsze wystarczają, by w pełni i bez wątpliwości poradzić sobie z tekstami zapisanymi w okresie kolonialnym. W źródłach tych pojawiają się liczne terminy czy zwroty, które musimy rozszyfrować, poznać ich znaczenie i sposoby użycia właśnie na podstawie szeroko rozumianego materiału, którym dysponujemy.

Nie jest to więc taka wiedza, którą można raz opanować, a potem używać bez ograniczeń. Często jest tak, że robi się jakieś tłumaczenie dokumentów, a za kilka lat się je poprawia, ponieważ wie się już więcej o tym języku. O sposobach użycia rozmaitych słów. To też decyduje o tym, że praca z tekstami w nahuatl jest tak fascynującym przedsięwzięciem.

ŁS: Przy okazji języka nahuatl. Jak on się zmienił wraz z przybyciem Hiszpanów? Czy rzeczywiście mocno ewoluował?

Monte Alban, Oaxaca © Justyna Olko

Monte Alban, Oaxaca © Justyna Olko

JO: Bardzo mocno ewoluował, oczywiście. To jest bardzo istotny problem. Jest to język, który przeszedł bardzo głęboke zmiany, ponieważ pozostawał w ciągłej interakcji z językiem kolonizatorów, hiszpańskim. Obecnie, dzięki grantowi w ramach Programu Focus Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej, który uzyskałam w roku 2010, kieruję zespołowym projektem skupiającym się między innymi na zmianach zachodzących w nahuatl pod wpływem zderzenia z hiszpańskim. W szerszym ujęciu interesują nas odzwierciedlone w języku indiańskie reakcje na kulturową nowość, kulturową obcość. W jaki sposób to doświadczenie, zderzenie kultur było przekładane na język, na terminologię konceptualną. W ramach naszej pracy w sposób systematyczny badamy wszystkie zapożyczenia, które stopniowo wchodziły do języka nahuatl z języków europejskich, głownie z hiszpańskiego. Badamy także proces tworzenia neologizmów i modyfikacji znaczenia słów, które były używane przed konkwistą. Zmiany te obrazują ów bardzo długi proces przekazu międzykulturowego. Między kulturami, które wcześniej nie pozostawały w żadnej formie kontaktu. Sytuacja ta jest wyjątkowa pod wieloma względami. Zwykle kontakty świata europejskiego z innymi kulturami rozwijały się stopniowo. W wypadku Meksyku natomiast spotykały się w sposób gwałtowny dwie bardzo zaawansowane kultury, pod wieloma względami podobne, co może wydawać się zaskakujące. Mam na myśli formy organizacji społeczno-politycznej, a nawet pewne elementy wierzeń. I następuje bardzo długi okres wzajemnych oddziaływań. Trwający kilka stuleci aż do dziś. Cały czas nahuatl się zmieniał, w różnym tempie i zakresie w zależności od regionu czy konkretnej społeczności.

Można wyróżnić kilka faz. W pierwszej zapożyczenia były mnimalne, próbowano natomiast opisywać nowości w oparciu o zasoby własnego języka. Dotyczy to nowych przedmiotów, zwierząt, roślin. Pojawiają się konie, krowy, owce, przedmioty z żelaza, takie rzeczy, jak pojazdy kołowe, drzwi czy klucze, których nie znano wcześniej. Wszystko to tubylcy musieli nazwać, opisać bądź to w oparciu o tworzone neologizmy lub wykorzystując istniejące słowa i modyfikując lub rozszerzając ich znaczenie.

Na drugim etapie, po kilku dekadach kontaktu, zaczął się proces intensywnego zapożyczania słów hiszpańskich, na początku przede wszystkim rzeczowników. Traktuje się je jednak i interpretuje jak słowa z własnego języka: na przykład dodaje im się końcówki typowe dla języka nahuatl.

Dopiero w trzeciej fazie, po ponad stu latach interakcji, zapożycza się na większą skalę czasowniki i partykuły. Stopniowo następują pewne zmiany składniowe w języku nahuatl i wchodzą do użycia kalki. Współcześnie używane dialekty nahuatl w swym słownictwie, składni i fonetyce są efektem tych wielosetletnich oddziaływań z językiem hiszpańskim.

Zmieniał się również sam język hiszpański, co także jest przedmiotem badań naszego projektu. Interesuje nas na przykład, jak faktycznie zmieniał się język codzienny, jaka była chronologia i zakres zapożyczeń z języków indiańskich – nie tylko z nahuatl, ale, na wcześniejszym etapie eksploracji i kolonizacji, z języków tubylczych używanych w regionie Karaibów, głównie arawackiego. Europejczycy stykają się z Indianami, są urzędnikami Korony Hiszpańskiej, hodowcami, rozkręcają własne interesy. Kultura i języki indiańskie wpływają na ich sposób postrzegania rzeczywistości i na ich własny język. Zmienia się nie tylko hiszpański używany w koloniach: mnóstwo słów dociera do Europy i do innych języków europejskich.

Projekt, o którym opowiadam i który realizujemy jako zespół badawczy, to wielkie przedsięwzięcie zaplanowane na wiele lat. Trzon zespołu jest w Warszawie, są to moi koledzy po fachu oraz moi byli studenci, których uczyłam wcześniej języka nahuatl, a teraz samodzielnie są w stanie pracować nad tekstami. Mamy również współpracowników z zagranicy, przede wszystkim nieocenione wsparcie merytoryczne profesora Lockharta, gdyż takich przedsięwzięć nie ma sensu realizować w izolacji. Tym bardziej, że jest duże zapotrzebowanie na wyniki tego projektu i wielkie nim zainteresowanie za granicą. Cieszę się, że inicjatywa ta narodziła się w Polsce. Mamy szasne wykorzystać nasze dotychczasowe doświadczenie, aby realizować projekt o znaczeniu międzynarodowym i w zakresie tematyki kluczowej dla badania kontaktu międzykulturowego, jednak w sposób systematyczny i kompleksowy dotąd nie badanej, zwłaszcza z uwzględnieniem podwójnej, równoległej perspektywy tubylczo-europejskiej. Możliwość prowadzenia takich badań w Polsce, w znacznej mierze w oparciu o polski zespół specjalistów, jest dla mnie źródłem ogromnej satysfakcji.

ŁS: W czerwcu 2010 zorganizowała Pani dużą konferencję…

JO: Była to duża konferencja poświęcona „negocjowaniu” spotkań międzykulturowych na przykładzie Mezoameryki. Wspólnie z dr Stephanie Wood, kierownikiem Wired Humanities Projects na University of Oregon, udało nam się zgromadzić badaczy o naprawdę znakomitym dorobku ze Stanów Zjednoczonych, z Meksyku i z Europy. Zebrać te trzy grupy, które relatywnie rzadko się spotykają i prowadzą dialog. Spotkaliśmy się tutaj, na naszym neutralnym, polskim gruncie i przez cały tydzień rozmawialiśmy o rzeczach, które nas interesują. Wymienialiśmy doświadczenia, prezentowaliśmy różne projekty, w tym nasz projekt językowy. Większość z nnaszych gości była po raz pierwszy w Polsce. Było to niezapomniane przeżycie dla nas wszystkich.

Mamy plany kontynuowania spotkań w takim szerokiem międzynarodowym groni, mimo że to wymaga ogromnego nakładu organizacyjnego. Kolejne nasze spotkanie, z większością osób, które brały udział w konferencji w Warszawie, oraz nowymi uczestnikami, odbędzie się na Kongresie Amerykanistów w Wiedniu w 2012 roku w ramach dużego sympozjum, które także organizuję z dr Stephanie Wood. Sympozjum to poświęcone będzie tematyce szeroko rozumianych dialogów międzykulturowych w Mezoameryce przedhiszpańskiej i kolonialnej.

 Teotihuacan - piramida Słońca © Justyna Olko

Teotihuacan – piramida Słońca © Justyna Olko

Wydaje mi się, że jedną z najciekawszych rzeczy, jakie można robić na gruncie studiów mezoamerykanistynczych, to próby łączenia badań przedhiszpańskich i kolonialnych. Nie rozgraniczać w sposób sztywny tych dwóch epok, ponieważ mnóstwo źródeł, których używamy do badań epoki przedhiszpańskiej, powstało w epoce kolonialnej i noszą silne znamiona swego czasu. Nie można tego faktu ignorować. Co ciekawe, pewne zjawiska, elementy rytuałów, wierzeń, koncepcje czy formy organizacji politycznej można śledzić zarówno przed konkwistą, jak i patrzeć, co stało się z nimi w społecznościach lokalnych po konkwiście. To jest rzadko robione. Natomiast w moim wypadku jest to o tyle kuszące, że w studiach wyszłam od specjalizacji przedhiszpańskiej (archeologiczno-etnohistorycznej), badając przede wszystkim źródła przedhiszpańskie lub odnoszące się do czasów przedhiszpańskich. Potem zafascynował mnie okres kolonialny i badanie tego, jak kultura prekolumbijska przetrwała w zetknięciu z Europą. Te dwie perspektywy pozwalają mi na podejmowanie tematów w rzadko badanej perspektywie czasowej. Duża część badaczy zwykle prezentuje dość wąską specjalizację. Albo są archeologami lub antropologami, którzy zajmują się okresem przedhiszpańskim, albo historykami, którzy badają jedynie źródła kolonialne, często ignorując wyniki prac drugiej strony. Przy tak rozumianej specalizacji trudno jest w pełni interdyscyplinarnie postrzegać wiele ciekawych zjawisk.

ŁS: Na konferencji byli badacze z Rosji, Izraela…

JO: Tak, jedna osoba z Rosji i jedna z Izraela.

ŁS: Właśnie… Tak mi się wydaje, że te kraje są dość egzotyczne, jeśli chodzi o zajmowanie się Mezoameryką…

JO: Ale to tak jak Polska! My już przyzwyczailiśmy się do faktu, że mamy długą tradycję badań amerykanistycznych, a liczba zaintereoswanych ciągle rośnie. W Rosji można znaleźć analogie. Uczestnik naszej konferencji, Anastazja Kalyuta jest z Petersburga jest historykiem, ale w Moskwie jest przecież wspaniała szkoła epigrafiki Majów, wywodząca się od Jurija Knorozowa, który pierwszy poprawnie złamał kod pisma Majów w latach pięćdziesiątych.

Oczywiście prowadzenie tego typu badań w tej części świata nie jest łatwe. Konieczne jest nawiązanie i utrzymywanie ścisłych kontaktów ze środowiskami badawczymi wiodącymi w danej dyscyplinie. A jednocześnie trzeba wykazywać, przez istotne wyniki badań przede wszystkim, że tego typu egoztyczne studia są potrzebne, że nauka polska może wnieść do nich istotny wkład, że rezultaty naszej pracy mają także szersze znaczenie dla humanistyki, jak na przykład dla badania przekazu międzykulturowego czy zderzenia kultur.

Do chwili obecniej bądź już zrealizowano, bądź w tej chwili realizuje się na tyle dużo polskich projektów w Ameryce Południowej i na obszarze dawnej Mezoameryki, że wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, że polscy badacze mają istotny wkład w badania kultur przedhiszpańskich i kolonialnych obu Ameryk. Ale myślę, że pionierom tych badań nie było łatwo.

BB: Czy widzi Pani w tej chwili, przy organizowaniu tego typu projektów, jak na przestrzeni ostatnich dziesięciu-piętnastu lat zmieniło się nastawienie?

JO: W Polsce?

BB: Tak.

JO: Ciężko jest mi to ocenić. 15 lat temu patrzyłam na to wszystko oczami studenta, teraz patrzę oczami osoby, która próbuje organizować badania zespołowe, zdobywać środki na większe projekty. W dzisiejszej perspektywie mogę powiedzieć, że jest to niewątpliwie łatwiejsze. Mamy mnóstwo satysfakcji z tego, że jest to możliwe.

Jeśli chodzi o zainteresowanie społeczne, odnoszę wrażenie, że w Polsce zawsze istniało zainteresowanie tą tematyką, choć nie mam w tym zakresie doświadczeń wcześniejszych niż lata dziewięćdziesiąte. To zainteresowanie jest swego typu nieformalnym wsparciem dla tego typu inicjatyw. Książki popularyzujące dzieje prekolumbijskie Mezoameryki znajdują czytelników, co świadczy o tym, że jest przestrzeń dla tego typu badań. Dzięki polepszającej się sytuacji ekonomicznej, w tym perspektyw wynikających z przynależności do Unii Europejskiej, jest niewątpliwie łatwiej prowadzić tak egzotyczne badania.

BB: Swój doktorat wydała Pani w języku angielskim. Czy jest planowane tłumaczenie?

JO: Tłumaczenie nie jest planowane, ponieważ jest to bardzo specjalistyczna praca. Jest to rekonstrukcja repertuaru elitarnego stroju i insygniów, atrybutów rangi w świecie Indian Nahua przed i po konkwiście. W takiej wersji, niespopularyzowanej, nie znalazłoby to wielu czytelników w języku polskim. Jeśli chodzi o popularyzację tej tematyki, podjęłam pewną próbę w mojej ubiegłorocznej książce „Meksyk przed konkwistą” wydanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Jest tam obszerny rozdział poświęcony elitarnej subkulturze, atrybutom władzy i elementom stroju, ich znaczeniu i funkcjach. I to jest w takiej właśnie dawce, która jest znośna dla szerszego grona czytelników.

BB: A nad jakimi koncepcjami, nad czym Pani obecnie pracuje? Z tego, co wiemy, to nad koncepcją barbarzyńcy i „dzikusa” w kulturze Nahua? Czy udało się Pani odkryć coś zaskakującego, czego się Pani w ogóle nie spodziewała?

JO: Tematem tym zajmuję się od kilku lat. Dotyczy on koncepcji barbarzyńcy, „szlachetnego dzikusa”, a także postrzegania „obcego” w kulturze nahuatlańskiej. Zarówno przed konkwistą, jak i w zetknięciu z kulturą europejską. Interesuje mnie to, jak można rekonstruować wyobrażenia „obcych” i „barbarzyńców” w odniesieniu do okresu przedhiszpańskiego, jak te grupy osób konceptualizowano. I na ile te wyobrażenia zmieniają się po kontakcie z Europejczykami, którzy przynoszą swój własny obraz dzikich ludzi i barbarzyńców. Weryfikują rozwijane od czasów starożytności i średniowiecza wizje człowieka dzikiego. Konfrontują to z mieszkańcami Nowego Świata, których spotykają i z którymi mają do czynienia. Indianie nie są obojętni na koncepcje docierające do nich z Europy. Fascynuje mnie proces transformacji ich koncepcji i wyobrażeń pod wpływem europejskim.

Wydaje mi się, że można wykazać na podstawie rozmaitych materiałów, które zgromadziłam, że istniała przed konkwistą rodzima wizja „szlachetnego dzikusa”. Indianie Nahua nie nazywali tego oczywiście w ten sposób, choć mamy do czynienia z pewną uniwersalną koncepcją obecną w różnych kulturach. Mam na myśli na przykład wyobrażenia dotyczące przodków, którzy żyją bliżej natury, są nieskażeni cywilizacją, posiadają pewne umiejętności, jakie zanikły u ich potomków na skutek cywilizowanego życia.

Istotny wątek tych badań skupia się na pokazaniu, jak te pojęcia, zwłaszcza dotyczące Chichimeków — barbarzyńskich przodków z północy — ewoluują pod wpływem wojny chichimeckiej. Wojny, w której ujarzmiono i schrystianizowano w XVI i XVII wieku na poły koczownicze, ale ni tylko, ludy żyjące na północy Meksyku. W tym procesie uczestniczyli w charakterze sojuszników Hiszpanów świeżo nawróceni Indianie ze środkowego Meksyku, którzy w tym starciu odgrywali rolę tych „cywilizowanych”.

BB: Czy można w takim razie przyjąć, że Indianie Nahua Chichimeków właśnie traktowali jako barbarzyńców? Siebie stawiając wyżej?

JO: W pewnym sensie tak, zwłaszcza w okresie kolonialnym. Ale jednocześnie „historyczni” Chichimekowie byli ich przodkami i mieli wiele cech, z których ich potomkowie byli dumni. Chichimekwie byli waleczni i posiadali walory, które w czasach azteckich, wedle wyobrażeń indiańskich, zanikły już na skutek przepychu i wygodnego stylu życia. Chichimekowie rzadko na przykład chorowali i lepiej kontaktowali się ze światem nadprzyrodzonym.

Aztekowie uważali, że wywodzą się zarówno od osiadłych Tolteków, jak i od koczowniczych Chichimeków. Podobnie jak w innych kulturach, w tym europejskiej, „barbarzyńca” był definiowany na kilka sposobów. Jeden z nich to bełkotliwa i niezrozumiała mowa. Inny to brak stałych siedzib i koczowniczy model życia. W nahuatl istniała rozbudowana terminologia odnosząca się do „barbarzyńców”, którą można było odnieść nie tylko do faktycznych koczowników, ale również do sąsiadów, których się nie lubiło lub którym z jakiegoś powodu chciano okazać brak szacunku.

ŁS: Na koniec chciałbym jeszcze zapytać, czy oprócz wspomnianych projektów myśli już Pani o czymś nowym? Czy raczej te projekty Panią całkowicie zajmują?

JO: Nie, nie myślę o niczym nowym, to absolutnie niemożliwe. Obecne projekty, zwłaszcza projekt „zderzenia języków”, to przedsięwzięcia, które muszą byc realizowane przez wiele lat i moim zadaniem jest zapewnienie możliwości pracy zespołu także w ramach czasowych wyznaczonych przez 3-letni projekt Focus Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Umożliwił on nam podjęcie tego przedsięwzięcia i stworzenie zespołu. Pod wieloma względami pozwolił na rozwinięcie skrzydeł i zmierzenie się z tematami badawczymi niemożliwymi do realizacji przez pojedynczych badaczy. Badania te są tak pomyślane, żeby można je było skutecznie rozwijać i kontynuować w dłuższej perspektywie czasowej. Naszym narzędziem jest wielka baza danych, z którą jednocześnie może pracować wielu użytkowników, członków projektu. Tam rejestrujemy wszystkie wystąpienia zapożyczeń, nowych terminów, neologizmów, słów tubylczych o rozszerzonym pod wpływem kontaktu z Europejczykami znaczeniu, wszystko wraz z pełną informacją kontekstualną. Wprowadzamy do bazy gigantyczny korpus, w tym teksty dotychczas niepublikowane lub nieznane, które znajdujemy w archiwach. Słownictwo, które rejestrujemy, dotyczy większości dziedzin życia i kultury. Stopniowo budujemy coraz pełniejszy obraz zmian w języku i zawartych w nim konceptualizacji związanych z przekazem międzykulturowym. Procesów, których nikt wcześniej w sposób tak kompleksowy i systematyczny nie badał. Ostatnie listy zapożyczeń z języków europejskich, zwłaszcza z hiszpańskiego, w nahuatl zostały opracowane w 1976 roku przez profesora Lockharta, który patronuje naszemu przedsięwzięciu, a następnie uaktualnione w niewielkim zakresie 1992 roku, przy czym wiele zjawisk, które badamy, nie było w ogóle rejestrowanych i nie stało się przedmiotem analizy. Jest to więc wielkie wyzwanie, by w oparciu rozległy materiał źródłowy w językach nahuatl i hiszpańskim zmierzyć się z problemem przekazu międzykulturowego w Nowej Hiszpanii.

BB: Cóż, w takim razie pozostaje nam życzyć powodzenia przy tym przedsięwzięciu! Dziękujemy za poświęcony nam czas.

Justyna Olko © Justyna Olko

Justyna Olko © Justyna Olko

dr Justyna Olko – adiunkt w Instytucie Badań Interdyscyplinarnych „Artes Liberales”,kierownik Laboratorium „Spotkania Starego i Nowego Świata”.

Share.

O autorze

Zostaw komentarz